Ostrożnym i powolnym krokiem
dziewczyny przechodziły pod kolejnymi stołami. Skradały się przez
salę balową, która była już przygotowywana do przyjęcia. Wendy
kucnęła i odchyliła lekko obrus. Widząc wślizgującą się pod
sąsiedni stół Juvię, obróciła się i wybiegła ze swojej
kryjówki. Schowała się za otwartymi drzwiami i wychyliła się.
Widząc maszerujących strażników- Rogue i Laxusa, a za nimi
spacerował malarz księżniczki. Szybko się schowała i przez
przypadek kopnęła puszkę z farbą Reedusa. Zwróciła tym uwagę
trójki mężczyzn. Panicznie wczołgała się pod wcześniejszy
stół. Słysząc ciężkie kroki, zakryła usta i miała nadzieję,
że nie odnajdą ani jej, ani koleżanki.
-Słyszałeś to? Ktoś musiał tu być-
powiedział jeden z głosów.
-Panowie... Proszę, muszę pracować!
Mam tylko dwa tygodnie na upiększenie tej sali- rzekł.
-Musimy sprawdzić, czy nie grozi ci
niebezpieczeństwo- Wendy domyśliła się, że był to głos Laxusa
i Reedusa. Odetchnęła z ulgą i skuliła się bardziej.
-Zapewniam was, że nic mi się nie
stanie! Możecie już iść i czynić swoje obowiązki.
-Dobrze- parsknął Rogue. Wyszli,
zamykając za sobą drzwi. Juvia wyszła z szafy, do której
przemieścił się, kiedy Wendy wyglądała za drzwi. Dyskretnie
wyjęła broń i skierowała ją w stronę malarza. Wendy stała i
przerażona wpatrywała się w spust pistoletu.
-Ręce do góry!- krzyknęła.
Przerażony mężczyzna posłusznie wykonał polecenie Lockser.
-C-co się tutaj dzieje?- zapytał, a
jego głos drżał. Wendy podbiegła do koleżanki i pomachała jej
ręką przed oczami. Reagując zamrugała trzy razy i opuściła
pistolet.
-Nie mów nic nikomu, a ujdziesz z
życiem- powiedziała Juvia. Złapała Marvell za rękę i wybiegły
za drzwi. Wzdychając zaczęła się rozglądać.
-Chciałaś go postrzelić?- zapytała
oburzona lekarka.
-Nie. Gdyby zaczął krzyczeć to
przybiegła by straż. Trzeba było go przestraszyć- uśmiechnęła
się.
-Nie rozumiem twojego toku myślenia...
Chodź, biegniemy!- krzyknęła, po czym zaczęła biec po
korytarzach. Z dwoma rękami na spuście i lekko zgarbionymi plecami
truchtały i rozglądały się na boki. Wzajemnie słyszały swoje
ciężkie oddychanie. Juvia cały czas próbowała skupić się na
odnalezieniu Lucy, ale świadomość, że może być z jej paniczem
przytłaczała ją. Wendy natomiast całą sobą i wszystkimi myślami
była przy Księżniczce. Martwiła się o nią i jak najszybciej
chciała ją odnaleźć. Maszerując po pięknym korytarzu,
ozdobionym złotymi symbolami ważnymi dla królestwa, ujrzały jak
zawsze uśmiechniętego doradcę. Siedział na krześle i obserwował
ukradkiem dziewczyny. Obeszły go łukiem. Były zdziwione tym, że w
ogóle nie zareagował. Wpatrywał się jak w obrazek, analizując
sytuację, ale nie odezwał się ani słowem. Wendy obrzuciła go
zwykłym spojrzeniem i poprowadziła Juvię przez kolejny korytarz.
-Ciekawe, co takiego kombinują...-
uśmiechnął się niebieskowłosy, założył płaszcz i
pomaszerował za obiektami zainteresowania. Biegły i biegły. Zawało
mu się, że bez celu.
-Juvia! Spójrz!- krzyknęła, widząc
dowód leżący na kamiennych schodach kawiarni. Lockser podbiegła
i chwyciła chustkę w ręce.
-Lucy nigdy by tego nie zgubiła!
Wendy-san, musimy jej pomóc!- rozkazała, zaciskając w dłoni
piękną, jedwabną chustę, którą wyhaftowała mama Lucy. Nagle
zaczął lać okropny deszcz, a wichura swobodnie przemieszczała
papierki leżące na ulicy.
-Musimy przeczekać burzę- oznajmiła
załamana Wendy, otwierając drzwi kawiarenki. Powolnie weszły do
środka, a Gerard rozpłynął się w straszliwych ciemnościach
okolicznego zaułku.
-Dalej! Idźże szybciej!- rozkazywał
Sting, pchając blondynkę przed siebie. Chciał dotrzeć do wioski
jeszcze przed burzą, która dopiero się rozpoczynała. Lucy z
ogromnym smutkiem i żalem do wygnańców posłuchała blondyna i
maszerowała szybciej. Nie ukrywała tego, że się bała. Nie
wiedziała, do czego będą zdolni, kiedy zrozumieją, że Król nie
kiwnie palcem, aby Lucy wróciła do niego. Była załamana. Widziała
na własne oczy, co jej ojciec zrobił z tak pięknym królestwem.
Nie dziwiła się, że Powstańcy chcą zemsty.
-Co chcecie ze mną zrobić?- zapytała,
wpatrując się w niebo. Krople spływały jej po polikach, maskując
łzy Heartfilii.
-Jeszcze nie wiem. Pewnie posiedzisz
sobie parę dni samotnie w moim domu, a później to się okaże.
Zależy, czy będziesz miła, czy pokażesz rogi, księżniczko-
zaśmiał się. Eucliffe wepchnął Lucy do jednego z namiotów i
zapiął go. Z daleka było czuć smród, jaki się tam panoszył.
Wszędzie były brudne ciuchy i porozrzucane kartki. Dziewczyna
spuściła głowę i zaczęła płakać. Modliła się, aby wreszcie
ktoś ją odnalazł i zabrał z tego śmietniska jak najszybciej.
Pociągając nosem usłyszała znajomy głos. Zaczęła się w niego
wsłuchiwać, lecz nie mogła go skojarzyć z żadną osobą.
Heartfilia nie podejrzewała jednak jeszcze, że był to Jellal
Fernandes we własnej osobie. Zamknęła oczy i nasłuchiwała, tonąc
we własnych łzach.
-Co zrobiliście?!- krzyknęła postać.
Jedyne, co mogła dojrzeć przez małą szparkę to granatową
pelerynę, którą już gdzieś widziała.
-Zaprowadziliśmy ją tutaj. Otwórz
namiot i się przekonaj- zachęcał Sting.
-Jest tutaj? Cholera! Jeszcze mnie
zobaczy, kretynie!- skarżył się. Lucy była pewna, że był to
chłopak. Przysunęła się bliżej i wyjrzała przez szparę. Nie
widziała nic więcej, jak fragment peleryny. Westchnęła i wytężyła
wzrok. Nie mogła uwierzyć własnym oczom. W niewielkiej przestrzeni
wolnej od materiału ujrzała różowowłosego, który rozmawia w
oddali z Yukino. Ucieszyła się i chciała zacząć krzyczeć, ale
wpadła na lepszy pomysł. Po chwili Sting i Zakapturzony odeszli, a
ona wystawiła ręce przez dziurę. Machała i machała. Wyjęła je
i westchnęła. Usiłując rozerwać jeszcze bardziej namiot,
usłyszała czyjeś kroki.
-Halo? Kto tu jest?- spytał miły
głos. Heartfilia siłą swoich nóg odepchnęła się i przerażona
siedziała skulona w rogu. Po pięciu próbach otworzenia zamku,
jakaś mała dziewczynka weszła do środka. Podbiegła do blondynki
i ukucnęła przy niej.
-Kim jesteś?- zapytała.
-J-jestem Lucy, a ty?- odpowiedziała
miło Heartfilia.
-Asuka, miło mi! Co tutaj robisz?-
zaciekawiła się. Dziewczynka nie przestawała wypytywać. Była
ciekawa, skąd przybyła Lucy, kto ją tu zamknął, jak może jej
pomóc...
-Możesz pójść do takiego
różowowłosego chłopaka o imieniu Natsu i powiedz mu, że tu
jetem.
-Dobrze! Powiem mojej mamusi, a ona go
znajdzie. Do zobaczenia, ciociu Lucy!- krzyknęła, odbiegając od
dziewczyny. Blondynka lekko uśmiechnęła się, chowając w sobie
smutek. Spuściła ponownie głowę myśląc o wszystkim, co ją do
tej pory spotkało. O tym, jak odnalazła Natsu i zaprzyjaźniła się
z nim. Po jakichś piętnastu minutach mała dziewczynka znów
podbiegła do Lucy.
-Przepraszam, ciociu, ale moja mamusia
mi nie uwierzyła- powiedziała naburmuszona.
-A co jej powiedziałaś..?- zapytała
zaniepokojona blondyna. Obróciła się w stronę Asuki i słuchała
jej bardzo uważnie.
-Pobiegłam do niej i powiedziałam, że
w namiocie pana Stinga jest jakaś związana dziewczynka, która
prosi o pomoc i żeby znalazła chłopaka o imieniu Natsu, ale tylko
się uśmiechnęła.
-Pewnie pomyślała, że to żart-
zaśmiały się. Porozmawiały jeszcze chwilę, a Lucy opowiedziała
małej koleżance o zamku i różowowłosym.
-Asuka! Przecież możesz mnie
uwolnić!- krzyknęła Heartfilia, wpadając na genialny plan.
Czarnowłosa zaczęła odwiązywać koleżankę, lecz do namioty
wparował Eucliffe. Zdenerwowany podszedł do dziewczyn i odepchnął
Asukę na bok.
-Co tutaj robisz, smarkaczu? Wyjazd
stąd!- rozkazał. Wystraszona i ze łzami w oczach wybiegła.
-Czego chcesz?- zapytała groźnie
Lucy. Zaczęła kręcić nadgarstkami tak, aby poluzować ściśnięte
liny. Po kilkunastym razie udało jej się to. Była prawie wolna.
-Chciałem cię tylko sprawdzić,
motylku- zaśmiał się. -Siedź grzecznie- rozkazał, chwytając
Lucy za głowę. Uklęknął naprzeciwko niej, szarpiąc ją za bujne
blond włosy.
-T-to boli...- szepnęła, robiąc
obolałą minę. Ledwo powstrzymywała się od krzyku.
-I dobrze. Nie mam na razie czasu na
zabawę z tobą, kwiatuszku. Yukino mnie woła. Poza tym, Gerard
jeszcze nie oddał mi moich książek- rzekł, machając spokojnie.
Po chwili do Heartfilii dotarło to, co powiedział blondyn.
-Gerard...? Ten Gerard?!- zastanawiała
się samotnie w olbrzymich ciemnościach, jaki ją otaczały. Nie
miała żadnego dostępu do światła, a namiot był zapięty. Czuła
się jak wampir, chowający się przed dziennym światłem.
Juvia, szybko wybiegając z
kawiarni, natychmiastowo chwyciła pistolet. Wraz z nią Wendy, co
przykuło uwagę okolicznego syna piekarza. Podbiegł do nich i
zaczął chichotać. Dziewczęta spojrzały w jego stronę. Młody
chłopak, nie większy od Wendy, prawdopodobnie w tym samym wieku.
Fioletowo-czarne włosy i oczy, z uśmieszkiem łobuza. Na szyi zaś
wisiała zadbana żółta chusta z przypiętym miniaturowym i
plastikowym skrzydłem. Uśmiechnął się szeroko, podbiegając do
dwójki przyjaciół.
-Co robisz, Wendy-san?- zapytał,
opierając się o okoliczny słup.
-Oh, Romeo! Szukamy Księżniczkę.
Panu Wakabie się polepszyło? Nadal tak kaszle?- dopytywała.
-Nie. Nadal ma gorączkę, ale spoko.
Poradzę sobie.
-Kiedy wrócę, przyjdę do was.
Przygotuj wodę z lodem- rozkazała, odbiegając. Chłopak zaś
pokiwał jej na pożegnanie i poszedł do swojego wujka. Juvia
biegła, nie zważając na stojącą obok pierwszej bramy Erzę.
Przebiegła koło niej, jakby była duchem.
-Hej! Macie przepustkę?! Co to za
bronie?!- krzyczała, zatrzymując Wendy.
-E-em, Erza-san... Te bronie dostałyśmy
od...- urwała, bo Lockser złapała ją za rękę i pociągnęła.
-STÓJCIE!- krzyczała, goniąc je.
Przebiła się przez gąszcz desek, które leżały jeszcze od
pożaru, wkurzona i z wielkim poirytowaniem w oczach biegła. Biegła,
nie zważając na okoliczny krzyk, który mówił, że ktoś okradł
pewną staruszkę. Wysłała tylko patrol, który akurat przebiegał
obok niej, aby to sprawdzili. Chwyciła za krótkofalówkę i chciała
połączyć się z Gajeelem. Słyszała tylko szum i szmer dochodzący
z komunikatora. Schowała przedmiot i przez przypadek zahaczyła ręką
o czyjeś torby. Zleciały one na podłoże, przygniatając tym
samym Scarlet. Szkarłatnowłosa zobaczyła oddalające się
uciekinierki. Przebiegły one już przez ostatnią bramę, która
prowadziła do lasów. Zaczęła więc wyślizgiwać się spod góry
toreb. Myśląc o celu Juvii i Wendy, wypełzła i zadowolona z
siebie ponownie truchtała. Szybko dogoniła dziewczyny, które
siedziały przy wodospadzie i odpoczywały.
-Wendy, myślisz, że coś się stało
Księżniczce?- zapytała, lekko przejeżdżając palcem po swoich
czerwonych i mokrych polikach.
-Nie wiem. Możemy spodziewać się
najgorszego- odrzekła fioletowowłosa.
-Boję się. Kto wie, co te dzikusy
mogą jej zrobić- zmarszczyła brwi.
-To też są ludzie, Juvia. Nie są
żadnymi dzikusami, ani zwierzętami. Po prostu żyją na wygnaniu...
O ile żyją- podsumowała Marvell, wstając z twardego kamienia.
-Wiem, wiem...- Juvia przewróciła
oczami. Zaczęły się otrzepywać i ruszyły przed siebie.
-Co one planują..?- Erza zaczęła się
skradać. Pełna determinacji i ciekawości chciała się dowiedzieć
wszystkiego. Nagle zgubiła swoje ofiary. Rozglądała się, ale nic
nie widziała. Wyszła na kamienną ścieżkę i stanęła. Nagle
ujrzała zarysy jakiejś postaci. Pomyślała, że dziewczyny
rozdzieliły się, więc maszerowała wprost na wypatrzoną postać.
Z każdym kilometrem, zaczęła zwalniać. Kiedy była nie dalej, jak
pięćdziesiąt metrów, doszło do niej, że gdzieś już widziała
ten płaszcz. Okazało się, że to nie był nikt inny, jak Jellal.
Szybko do niej podszedł, wpatrując się na nią z góry.
-Wiosenny spacerek, Erzuniu?- zapytał
ironicznie chłopak, gładząc ją delikatnie po poliku.
-E-em... T-tak, z-znaczy nie!
G-g-goniłam ta-tamte d-dzie-dziewczyny- zarumieniła się.
-Jakie dziewczyny? Czy są tak piękne,
jak ty? Nie, co ja gadam?! Tylko ty jesteś tak śliczna...- na
twarzy Gerarda zagościł uśmiech, kiedy zbliżył się do Scarlet.
Patrzył jej prosto w oczy, gładząc ją ponownie po jej czerwonych
policzkach. Ona zaś, wpatrzona w niego wyobrażała sobie, jak
chłopak ją całuje. Niestety, ale zawiodła się. Fernandez cofnął
się i uśmiechnął szeroko.
-Dokąd zmierzamy?- zapytał.
Szkarłatnowłosa nie odpowiedziała.
-Co tutaj robiłeś?- zapytała,
maksymalnie poważna.
-Urządzałem sobie spacerek, dokładnie
tak, jak ty- zaśmiał się. Ukucnął i zerwał stokrotkę.
-Nie urządza~ - urwała, widząc
Jellala, który włożył jej za ucho kwiatka.
-Proszę. Piękna stokrotka, dla
pięknej dziewczyny.
-D-dziękuję...- zauroczyła się.
Lekko westchnęła i uśmiechnięta odsunęła rękę
niebieskowłosego. -Bardzo cię przepraszam, Jellal, ale muszę już
iść. Mam ważną misję do spełnienia.
Machając ręką odbiegła od
chłopaka i skierowała się w stronę, gdzie leżała wioska.
Gerard, zniesmaczony tą sytuacją zacisną zęby.
-Oparła się... MI?!- burknął.
Zdenerwowany zaczął iść za Scarlet.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz