środa, 16 listopada 2016

Rozdział 6- Misja: uratować księżniczkę!

    Ostrożnym i powolnym krokiem dziewczyny przechodziły pod kolejnymi stołami. Skradały się przez salę balową, która była już przygotowywana do przyjęcia. Wendy kucnęła i odchyliła lekko obrus. Widząc wślizgującą się pod sąsiedni stół Juvię, obróciła się i wybiegła ze swojej kryjówki. Schowała się za otwartymi drzwiami i wychyliła się. Widząc maszerujących strażników- Rogue i Laxusa, a za nimi spacerował malarz księżniczki. Szybko się schowała i przez przypadek kopnęła puszkę z farbą Reedusa. Zwróciła tym uwagę trójki mężczyzn. Panicznie wczołgała się pod wcześniejszy stół. Słysząc ciężkie kroki, zakryła usta i miała nadzieję, że nie odnajdą ani jej, ani koleżanki.
-Słyszałeś to? Ktoś musiał tu być- powiedział jeden z głosów.
-Panowie... Proszę, muszę pracować! Mam tylko dwa tygodnie na upiększenie tej sali- rzekł.
-Musimy sprawdzić, czy nie grozi ci niebezpieczeństwo- Wendy domyśliła się, że był to głos Laxusa i Reedusa. Odetchnęła z ulgą i skuliła się bardziej.
-Zapewniam was, że nic mi się nie stanie! Możecie już iść i czynić swoje obowiązki.
-Dobrze- parsknął Rogue. Wyszli, zamykając za sobą drzwi. Juvia wyszła z szafy, do której przemieścił się, kiedy Wendy wyglądała za drzwi. Dyskretnie wyjęła broń i skierowała ją w stronę malarza. Wendy stała i przerażona wpatrywała się w spust pistoletu.
-Ręce do góry!- krzyknęła. Przerażony mężczyzna posłusznie wykonał polecenie Lockser.
-C-co się tutaj dzieje?- zapytał, a jego głos drżał. Wendy podbiegła do koleżanki i pomachała jej ręką przed oczami. Reagując zamrugała trzy razy i opuściła pistolet.
-Nie mów nic nikomu, a ujdziesz z życiem- powiedziała Juvia. Złapała Marvell za rękę i wybiegły za drzwi. Wzdychając zaczęła się rozglądać.
-Chciałaś go postrzelić?- zapytała oburzona lekarka.
-Nie. Gdyby zaczął krzyczeć to przybiegła by straż. Trzeba było go przestraszyć- uśmiechnęła się.
-Nie rozumiem twojego toku myślenia... Chodź, biegniemy!- krzyknęła, po czym zaczęła biec po korytarzach. Z dwoma rękami na spuście i lekko zgarbionymi plecami truchtały i rozglądały się na boki. Wzajemnie słyszały swoje ciężkie oddychanie. Juvia cały czas próbowała skupić się na odnalezieniu Lucy, ale świadomość, że może być z jej paniczem przytłaczała ją. Wendy natomiast całą sobą i wszystkimi myślami była przy Księżniczce. Martwiła się o nią i jak najszybciej chciała ją odnaleźć. Maszerując po pięknym korytarzu, ozdobionym złotymi symbolami ważnymi dla królestwa, ujrzały jak zawsze uśmiechniętego doradcę. Siedział na krześle i obserwował ukradkiem dziewczyny. Obeszły go łukiem. Były zdziwione tym, że w ogóle nie zareagował. Wpatrywał się jak w obrazek, analizując sytuację, ale nie odezwał się ani słowem. Wendy obrzuciła go zwykłym spojrzeniem i poprowadziła Juvię przez kolejny korytarz.
-Ciekawe, co takiego kombinują...- uśmiechnął się niebieskowłosy, założył płaszcz i pomaszerował za obiektami zainteresowania. Biegły i biegły. Zawało mu się, że bez celu.
-Juvia! Spójrz!- krzyknęła, widząc dowód leżący na kamiennych schodach kawiarni. Lockser podbiegła i chwyciła chustkę w ręce.
-Lucy nigdy by tego nie zgubiła! Wendy-san, musimy jej pomóc!- rozkazała, zaciskając w dłoni piękną, jedwabną chustę, którą wyhaftowała mama Lucy. Nagle zaczął lać okropny deszcz, a wichura swobodnie przemieszczała papierki leżące na ulicy.
-Musimy przeczekać burzę- oznajmiła załamana Wendy, otwierając drzwi kawiarenki. Powolnie weszły do środka, a Gerard rozpłynął się w straszliwych ciemnościach okolicznego zaułku.

    -Dalej! Idźże szybciej!- rozkazywał Sting, pchając blondynkę przed siebie. Chciał dotrzeć do wioski jeszcze przed burzą, która dopiero się rozpoczynała. Lucy z ogromnym smutkiem i żalem do wygnańców posłuchała blondyna i maszerowała szybciej. Nie ukrywała tego, że się bała. Nie wiedziała, do czego będą zdolni, kiedy zrozumieją, że Król nie kiwnie palcem, aby Lucy wróciła do niego. Była załamana. Widziała na własne oczy, co jej ojciec zrobił z tak pięknym królestwem. Nie dziwiła się, że Powstańcy chcą zemsty.
-Co chcecie ze mną zrobić?- zapytała, wpatrując się w niebo. Krople spływały jej po polikach, maskując łzy Heartfilii.
-Jeszcze nie wiem. Pewnie posiedzisz sobie parę dni samotnie w moim domu, a później to się okaże. Zależy, czy będziesz miła, czy pokażesz rogi, księżniczko- zaśmiał się. Eucliffe wepchnął Lucy do jednego z namiotów i zapiął go. Z daleka było czuć smród, jaki się tam panoszył. Wszędzie były brudne ciuchy i porozrzucane kartki. Dziewczyna spuściła głowę i zaczęła płakać. Modliła się, aby wreszcie ktoś ją odnalazł i zabrał z tego śmietniska jak najszybciej. Pociągając nosem usłyszała znajomy głos. Zaczęła się w niego wsłuchiwać, lecz nie mogła go skojarzyć z żadną osobą. Heartfilia nie podejrzewała jednak jeszcze, że był to Jellal Fernandes we własnej osobie. Zamknęła oczy i nasłuchiwała, tonąc we własnych łzach.
-Co zrobiliście?!- krzyknęła postać. Jedyne, co mogła dojrzeć przez małą szparkę to granatową pelerynę, którą już gdzieś widziała.
-Zaprowadziliśmy ją tutaj. Otwórz namiot i się przekonaj- zachęcał Sting.
-Jest tutaj? Cholera! Jeszcze mnie zobaczy, kretynie!- skarżył się. Lucy była pewna, że był to chłopak. Przysunęła się bliżej i wyjrzała przez szparę. Nie widziała nic więcej, jak fragment peleryny. Westchnęła i wytężyła wzrok. Nie mogła uwierzyć własnym oczom. W niewielkiej przestrzeni wolnej od materiału ujrzała różowowłosego, który rozmawia w oddali z Yukino. Ucieszyła się i chciała zacząć krzyczeć, ale wpadła na lepszy pomysł. Po chwili Sting i Zakapturzony odeszli, a ona wystawiła ręce przez dziurę. Machała i machała. Wyjęła je i westchnęła. Usiłując rozerwać jeszcze bardziej namiot, usłyszała czyjeś kroki.
-Halo? Kto tu jest?- spytał miły głos. Heartfilia siłą swoich nóg odepchnęła się i przerażona siedziała skulona w rogu. Po pięciu próbach otworzenia zamku, jakaś mała dziewczynka weszła do środka. Podbiegła do blondynki i ukucnęła przy niej.
-Kim jesteś?- zapytała.
-J-jestem Lucy, a ty?- odpowiedziała miło Heartfilia.
-Asuka, miło mi! Co tutaj robisz?- zaciekawiła się. Dziewczynka nie przestawała wypytywać. Była ciekawa, skąd przybyła Lucy, kto ją tu zamknął, jak może jej pomóc...
-Możesz pójść do takiego różowowłosego chłopaka o imieniu Natsu i powiedz mu, że tu jetem.
-Dobrze! Powiem mojej mamusi, a ona go znajdzie. Do zobaczenia, ciociu Lucy!- krzyknęła, odbiegając od dziewczyny. Blondynka lekko uśmiechnęła się, chowając w sobie smutek. Spuściła ponownie głowę myśląc o wszystkim, co ją do tej pory spotkało. O tym, jak odnalazła Natsu i zaprzyjaźniła się z nim. Po jakichś piętnastu minutach mała dziewczynka znów podbiegła do Lucy.
-Przepraszam, ciociu, ale moja mamusia mi nie uwierzyła- powiedziała naburmuszona.
-A co jej powiedziałaś..?- zapytała zaniepokojona blondyna. Obróciła się w stronę Asuki i słuchała jej bardzo uważnie.
-Pobiegłam do niej i powiedziałam, że w namiocie pana Stinga jest jakaś związana dziewczynka, która prosi o pomoc i żeby znalazła chłopaka o imieniu Natsu, ale tylko się uśmiechnęła.
-Pewnie pomyślała, że to żart- zaśmiały się. Porozmawiały jeszcze chwilę, a Lucy opowiedziała małej koleżance o zamku i różowowłosym.
-Asuka! Przecież możesz mnie uwolnić!- krzyknęła Heartfilia, wpadając na genialny plan. Czarnowłosa zaczęła odwiązywać koleżankę, lecz do namioty wparował Eucliffe. Zdenerwowany podszedł do dziewczyn i odepchnął Asukę na bok.
-Co tutaj robisz, smarkaczu? Wyjazd stąd!- rozkazał. Wystraszona i ze łzami w oczach wybiegła.
-Czego chcesz?- zapytała groźnie Lucy. Zaczęła kręcić nadgarstkami tak, aby poluzować ściśnięte liny. Po kilkunastym razie udało jej się to. Była prawie wolna.
-Chciałem cię tylko sprawdzić, motylku- zaśmiał się. -Siedź grzecznie- rozkazał, chwytając Lucy za głowę. Uklęknął naprzeciwko niej, szarpiąc ją za bujne blond włosy.
-T-to boli...- szepnęła, robiąc obolałą minę. Ledwo powstrzymywała się od krzyku.
-I dobrze. Nie mam na razie czasu na zabawę z tobą, kwiatuszku. Yukino mnie woła. Poza tym, Gerard jeszcze nie oddał mi moich książek- rzekł, machając spokojnie. Po chwili do Heartfilii dotarło to, co powiedział blondyn.
-Gerard...? Ten Gerard?!- zastanawiała się samotnie w olbrzymich ciemnościach, jaki ją otaczały. Nie miała żadnego dostępu do światła, a namiot był zapięty. Czuła się jak wampir, chowający się przed dziennym światłem.
     
    Juvia, szybko wybiegając z kawiarni, natychmiastowo chwyciła pistolet. Wraz z nią Wendy, co przykuło uwagę okolicznego syna piekarza. Podbiegł do nich i zaczął chichotać. Dziewczęta spojrzały w jego stronę. Młody chłopak, nie większy od Wendy, prawdopodobnie w tym samym wieku. Fioletowo-czarne włosy i oczy, z uśmieszkiem łobuza. Na szyi zaś wisiała zadbana żółta chusta z przypiętym miniaturowym i plastikowym skrzydłem. Uśmiechnął się szeroko, podbiegając do dwójki przyjaciół.
-Co robisz, Wendy-san?- zapytał, opierając się o okoliczny słup.
-Oh, Romeo! Szukamy Księżniczkę. Panu Wakabie się polepszyło? Nadal tak kaszle?- dopytywała.
-Nie. Nadal ma gorączkę, ale spoko. Poradzę sobie.
-Kiedy wrócę, przyjdę do was. Przygotuj wodę z lodem- rozkazała, odbiegając. Chłopak zaś pokiwał jej na pożegnanie i poszedł do swojego wujka. Juvia biegła, nie zważając na stojącą obok pierwszej bramy Erzę. Przebiegła koło niej, jakby była duchem.
-Hej! Macie przepustkę?! Co to za bronie?!- krzyczała, zatrzymując Wendy.
-E-em, Erza-san... Te bronie dostałyśmy od...- urwała, bo Lockser złapała ją za rękę i pociągnęła.
-STÓJCIE!- krzyczała, goniąc je. Przebiła się przez gąszcz desek, które leżały jeszcze od pożaru, wkurzona i z wielkim poirytowaniem w oczach biegła. Biegła, nie zważając na okoliczny krzyk, który mówił, że ktoś okradł pewną staruszkę. Wysłała tylko patrol, który akurat przebiegał obok niej, aby to sprawdzili. Chwyciła za krótkofalówkę i chciała połączyć się z Gajeelem. Słyszała tylko szum i szmer dochodzący z komunikatora. Schowała przedmiot i przez przypadek zahaczyła ręką o czyjeś torby. Zleciały one na podłoże, przygniatając tym samym Scarlet. Szkarłatnowłosa zobaczyła oddalające się uciekinierki. Przebiegły one już przez ostatnią bramę, która prowadziła do lasów. Zaczęła więc wyślizgiwać się spod góry toreb. Myśląc o celu Juvii i Wendy, wypełzła i zadowolona z siebie ponownie truchtała. Szybko dogoniła dziewczyny, które siedziały przy wodospadzie i odpoczywały.
-Wendy, myślisz, że coś się stało Księżniczce?- zapytała, lekko przejeżdżając palcem po swoich czerwonych i mokrych polikach.
-Nie wiem. Możemy spodziewać się najgorszego- odrzekła fioletowowłosa.
-Boję się. Kto wie, co te dzikusy mogą jej zrobić- zmarszczyła brwi.
-To też są ludzie, Juvia. Nie są żadnymi dzikusami, ani zwierzętami. Po prostu żyją na wygnaniu... O ile żyją- podsumowała Marvell, wstając z twardego kamienia.
-Wiem, wiem...- Juvia przewróciła oczami. Zaczęły się otrzepywać i ruszyły przed siebie.
-Co one planują..?- Erza zaczęła się skradać. Pełna determinacji i ciekawości chciała się dowiedzieć wszystkiego. Nagle zgubiła swoje ofiary. Rozglądała się, ale nic nie widziała. Wyszła na kamienną ścieżkę i stanęła. Nagle ujrzała zarysy jakiejś postaci. Pomyślała, że dziewczyny rozdzieliły się, więc maszerowała wprost na wypatrzoną postać. Z każdym kilometrem, zaczęła zwalniać. Kiedy była nie dalej, jak pięćdziesiąt metrów, doszło do niej, że gdzieś już widziała ten płaszcz. Okazało się, że to nie był nikt inny, jak Jellal. Szybko do niej podszedł, wpatrując się na nią z góry.
-Wiosenny spacerek, Erzuniu?- zapytał ironicznie chłopak, gładząc ją delikatnie po poliku.
-E-em... T-tak, z-znaczy nie! G-g-goniłam ta-tamte d-dzie-dziewczyny- zarumieniła się.
-Jakie dziewczyny? Czy są tak piękne, jak ty? Nie, co ja gadam?! Tylko ty jesteś tak śliczna...- na twarzy Gerarda zagościł uśmiech, kiedy zbliżył się do Scarlet. Patrzył jej prosto w oczy, gładząc ją ponownie po jej czerwonych policzkach. Ona zaś, wpatrzona w niego wyobrażała sobie, jak chłopak ją całuje. Niestety, ale zawiodła się. Fernandez cofnął się i uśmiechnął szeroko.
-Dokąd zmierzamy?- zapytał. Szkarłatnowłosa nie odpowiedziała.
-Co tutaj robiłeś?- zapytała, maksymalnie poważna.
-Urządzałem sobie spacerek, dokładnie tak, jak ty- zaśmiał się. Ukucnął i zerwał stokrotkę.
-Nie urządza~ - urwała, widząc Jellala, który włożył jej za ucho kwiatka.
-Proszę. Piękna stokrotka, dla pięknej dziewczyny.
-D-dziękuję...- zauroczyła się. Lekko westchnęła i uśmiechnięta odsunęła rękę niebieskowłosego. -Bardzo cię przepraszam, Jellal, ale muszę już iść. Mam ważną misję do spełnienia.
Machając ręką odbiegła od chłopaka i skierowała się w stronę, gdzie leżała wioska. Gerard, zniesmaczony tą sytuacją zacisną zęby.

-Oparła się... MI?!- burknął. Zdenerwowany zaczął iść za Scarlet.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz